Jak zmarnować pierwszy wybór w drafcie

Pierwszy numer w drafcie zawsze wiąże się z pewną presją. Ważą się losy drużyny, kibice oczekują nowej gwiazdy, swoje robi też szum medialny. Miejsca na pomyłkę brak. Wybór, jak to w życiu bywa, może być dobry, średni lub słaby. Wybór JaMarcusa Russella… wykroczył poza wszelkie skale – był fatalny.

Russell urodził się w Mobile, w stanie Alabama. Tam też uczęszczał do liceum. Jak każdy młody chłopak – marzył, by w przyszłości zostać quarterbackiem i trafić do NFL. Jego podania, łącznie na 10 774 jardów, ustanowiły do dziś niepobity rekord szkoły. Mocne ramię w połączeniu z siłą, szybkością i dobrą pracą nóg zwróciły uwagę niejednej uczelni – ofert nie brakowało, a eksperci prześcigali się w zachwytach nad młodym JaMarcusem. Ten wybrał Louisiana State University, gdzie spisywał się bez zarzutu. Nie przeszkodziła mu nawet kontuzja ramienia i dobre wyniki jego zastępcy – Matta Flynna. Nie dał się wygryźć z pierwszego składu. W styczniu 2007 ogłosił, że rezygnuje z ostatniego sezonu w NCAA i zamierza przystąpić do draftu.

Czytaj więcej…

"Kopnąłem rakietę, a oni znów mnie wygwizdali. Spodobało mi się to!"

John McEnroe – tenisowy geniusz, a zarazem szaleniec. Potrafił perfekcyjnie odegrać piłkę, do której wielu nawet by nie wystartowało, a chwilę później kłócić się z sędziami o nic. Irytowało go niemal każde chybione uderzenie – był rzadkim połączeniem czystego talentu i maniakalnej wręcz wybuchowości.

Uchodził za jednego z najbardziej niewygodnych przeciwników, i to nie tylko za sprawą umiejętności tenisowych. Nikt nie lubił z nim grać. Na korcie często zachowywał się jakby wstąpił w niego diabeł. Najlepszym tego przykładem był mecz z Johanem Kriekiem, po którym rywal McEnroe nie potrafił opanować gniewu. – Mam go już dość, jestem zmęczony jego zachowaniem. Nikt nie ma odwagi tego powiedzieć, ale on powinien był zostać wyrzucony z touru. Jest po prostu dziwakiem – grzmiał zdegustowany Kriek. Powód? McEnroe najpierw domagał się zgaszenia światła na bocznym korcie treningowym, po czym – słysząc odmowę – nakrzyczał na panią arbiter, a następnie rozwścieczony wywołaniem autu przy serwisie, omal nie zabił piłką sędzi liniowej, każąc jej wynosić się z kortu… Takie historie z udziałem Johna McEnroe to norma. Nie byłoby nic dziwnego i w tej, gdyby nie fakt, że miała miejsce podczas rozgrywek seniorów, a (anty)bohater miał już na karku 39 lat. Ale, jak widać, stare nawyki umierają ostatnie…

Od tego się zaczęło

Nagłówek jednej z gazet

Punkt zwrotny jego życia to bez wątpienia Wimbledon 1977. Był osiemnastoletnim, szczupłym chłopcem, wyglądem nieprzypominającym sportowca. Choć uwielbiał koszykówkę i piłkę nożną, to zaczął trenować tenis, a udany występ w zawodach juniorskich otworzył przed nim szansę na dostanie się do turnieju kwalifikacyjnego do Wimbledonu. Dwa tygodnie później ramię w ramię z Jimmym Connorsem wyszedł na Kort Centralny, by rozegrać mecz o finał. – Do tego czasu nawet nie myslałem co chcę robić w przyszłości. Tenis wydawał się być grą dla samotników. Nie lubiłem przebywać sam na korcie, ale po tym musiałem chociaż spróbować – przyznał.

Były to początki jego kariery tenisowej, ale też początki agresywnego zachowania na korcie. McEnroe przegrał pierwszego seta meczu ćwierćfinałowego z Philem Dentem, po czym zaczął pastwić się nad swoją rakietą, depcząc ją i wyginając pod ciężarem nóg. Wtedy po raz pierwszy został wybuczany przez publiczność. Ale zamiast wyciągnąć wnioski z lekcji i zaprzestać takich zachowań w przyszłośći, uznał, że… to było całkiem zabawne. – Chciałem zobaczyć co się stanie i po chwili kopnąłem rakietę, a oni znów mnie wygwizdali. Spodobało mi się to! – postawił sprawę uczciwie. Szoku zaznał dopiero nazajutrz, gdy w londyńskich tabloidach zobaczył przy swoim zdjęciu wielki napis "SUPERBRAT" (w wolnym tłumaczeniu  "rozpuszczony bachor").

Męczennik-perfekcjonista

Był bardzo ambitny. Nawet jeśli wygrał dziesięć punktów z rzędu, potrafił wściec się o ten jedenasty, stracony przez niewymuszony błąd. Perfekcjonizm zakorzeniła w nim matka. – Gdybyś uczył się więcej, skończyłbyś pierwszy – powiedziała, gdy młody John uzyskał drugi najlepszy wynik w swojej klasie. Były to słowa, które McEnroe wziął sobie do serca.

Finał Wimbledonu 1984 został przez większość ekspertów zgodnie uznany za najbardziej jednostronny pojedynek w historii tenisa (o taką stawkę). McEnroe rozgromił swojego odwiecznego rywala Jimmy’ego Connorsa 6-1 6-1 6-2, popełniając łącznie tylko dwa(!) niewymuszone błędy. – Myślę, że stać mnie na jeszcze więcej – stwierdził po meczu.

Popis niezadowolenia z własnej postawy dał też trzy lata wcześniej i to już w pierwszej rundzie. Wtedy właśnie z jego ust padła jedna z najsłynniejszych obelżywych sentencji w stronę sędziów: "you guys are the pits of the world" (w wolnym tłumaczeniu: jesteście zakałą tego świata). Przez cały mecz prowadził, ostatecznie wygrał nie tracąc nawet seta, ale i tak był ze swojej gry niezadowolony. – Gram beznadziejnie, nie powinniście tego oglądać. Idźcie stąd – wykrzyczał po nietrafionym woleju.

Takie sytuacje sprawiały, że jego mecze w połączeniu z tenisowym geniuszem zamieniały się w widowiska typu dramat-thriller. Gdy nagle zatrzymał się, stojąc jak słup z rękami na biodrach i rozdziawioną szczęką, nikt tak naprawdę nie wiedział co mu siedzi w głowie. Często jego festiwale frustracji przeistaczały się w tzw. sportową złość i po słownej przepychance z rywalem/serii obelg na sędziego czy pokazaniu rakiecie gdzie jej miejsce (a bywało też, że po kombinacji trzech wymienionych) potrafił odpowiedzieć asem serwisowym czy zagraniem z innej planety.

Ale też nie zawsze. Jak powiedział Jimmy Connors, "tenis to gra umysłu", a umysł McEnroe był jednak częściej zaprzątnięty czymś innym niż sama rozgrywka.

Po trupach do celu

Niedowierzający McEnroe i leżąca na ziemi rakieta – nierzadki widok

Eksplozywny charakter to jedno, a chęć wygrania za wszelką cenę drugie. Z czasem jego zachowanie na korcie nie było już tylko bezwładnym upustem emocji, a taktyką mistrza, który zrobi wszystko, by pokonać rywala.

– Uderzyłem z backhandu po linii na 0-30, piłka była wyraźnie w korcie – wspominał jeden z czternastu przegranych pojedynków z Johnem McEnroe Brad Gilbert (wygrał z nim tylko raz). – Zrobił z tego piętnastominutową kłótnię. Kibice zaczęli się niecierpliwić, więc zaczął na nich krzyczeć. Doprowadził do bójki na trybunach. Sędzia musiał wzywać ochronę. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem. Było 3-3 w decydującym secie, a po tym incydencie nie wygrałem nawet punktu – zakończył zdegustowany.

Nienajlepsze wspomnienia ma też Mel Purcell. Pierwszy set trzeciej rundy French Open, Purcell objął szybkie prowadzenie 4-2 i ledwo zdążył się nim nacieszyć, a McEnroe już stoi i narzeka na źle przygotowany kort. Zagroził, że nie zacznie grać, dopóki kort nie zostanie przygotowany na nowo. – Poszliśmy więc do szatni na pół godziny, gdzie nasłuchałem się jacy to ci Francuzi głupi… Gdy wróciliśmy, byłem kompletnie wybity z rytmu i przegrałem gładko – ujawnił kulisy Purcell.

W głowie McEnroe nie istniało pojęcie "fair play", nigdy nie mówił sobie, że "tak nie wypada". Z podobnymi strategiami musiała mierzyć się cała ówczesna czołówka: Connors, Jim Courier, Pete Sampras, Ivan Lendl czy Boris Becker. – Mecze z nim należały do najtrudniejszych, bo tak naprawdę nigdy nie chodziło tylko o tenis – mówił po latach Becker. – Zasady gry w tenisa kiedyś miały około 100 stron. Gdy McEnroe kończył karierę, było ich ponad 250. To niesamowite jak wiele nowych zasad zostało wprowadzonych przez jego wybryki – daleki od komplementowania był Pat Cash.

Szacunek do Borga

Björn Borg i John McEnroe

Jedynym zawodnikiem, którego McEnroe nigdy nie raczył swoim teatrzykiem był Björn Borg. Obaj panowie rozegrali mnóstwo ciekawych spotkań, ale najbardziej pamiętnym był finał Wimbledonu z roku 1980, przez wielu znawców dyscypliny uważany za jeden z najświetniejszych meczów w historii. Wchodzący dopiero na salony, 21-letni Amerykanin odznaczał się nie tylko długimi, kręconymi włosami, przepasanymi charakterystyczną czerwoną bandaną. Jego styl gry serve&volley zainspirował mnóstwo kolejnych generacji, włączając w to m. in. Casha, Beckera czy Edberga. Borg natomiast swoją grę opierał na klasycznych, rzetelnie wypracowanych, płynnych uderzeniach. W przeciwieństwie do swojego rywala, podczas meczów imponował stoickim spokojem.

Mecz trwał niemal cztery godziny, z czego ponad godzinę sam czwarty set, okraszony tie-breakiem wygranym przez Amerykanina 18-16, co wyrównało stan setów na 2:2. Obronił aż siedem piłek meczowych, przy jednej biegając jak szalony, z jednej strony kortu na drugą, a wygrywający backhand wyegzekwował będąc już niemal na trybunach. Ostatecznie przegrał 6-8 w piątym secie, mimo to ani razu nie dał ponieść się emocjom. Sam mecz wspomina z wielką dumą i sentymentem. – Był to bardzo ważny moment w mojej karierze – przyznał Mac, który rok później udanie zrewanżował się Borgowi, wygrywając swój pierwszy wimbledoński turniej.

Narkotyki przyczyną upadku?

McEnroe i jego była żona Tatum O’Neal

Cztery lata z rzędu był liderem światowego rankingu (1981-1984). W swojej szesnastoletniej karierze wygrał aż 77 turniejów singlowych, z czego tylko siedem Wielkich Szlemów – ostatni w wieku 25 lat, gdy wydawało się, że jego prime-time dopiero nadejdzie. Zgubił go trudny charakter. Jak sam przyznaje, rozmaite incydenty na korcie stały się dla niego uzależnieniem. – Czasem robiłem coś wbrew temu co czuję. Takie miałem nawyki. Wychodziłem na kort, zrobiłem coś głupiego, a po chwili pytałem samego siebie dlaczego to zrobiłem – przyznał.

Gdy McEnroe zaczął spadać w rankingu, pojawiły się pogłoski, że przyczyną nagłego załamania formy tenisisty są narkotyki. W połowie lat 80. poślubił aktorkę Tatum O’Neal, która w przeszłości miała sporo do czynienia z nielegalnymi używkami. Sam McEnroe często zachowywał się jak lunatyk – jakby był na głodzie. I ludzie to zauważyli. Przez długi czas zaprzeczał, ale ostatecznie przyznał, że podejrzenia nie były do końca bezpodstawne. Jednocześnie zarzekał się, że nigdy nie przełożyło się to na jakość jego gry. – Kładziesz się spać późno, masz ochotę przeleżeć w łóżku cały dzień. To nie sprzyjało trybowi życia sportowca – opisuje wnioski po swoich eksperymentach z kokainą. I choć był taki okres, że zrobił sobie kilka miesięcy przerwy od tenisa, jego bliscy przyjaciele zgodnie potwierdzają, że narkotyki nie miały wpływu na jego karierę.

***

Wyłączając mecze z Borgiem, nikt widząc na korcie Johna McEnroe nie mógł liczyć na mecz rozegrany w spokoju i przyjaznej atmosferze. Zwłaszcza sędziowie. On się po prostu nie potrafił opanować. "Ponad tysiąc arbitrów do wyboru, a mnie przydzielają takiego osła, jak ty" – usłyszał sędzia podczas turnieju w Queens Club. Gazety grzmiały, domagając się uciszenia rozpuszczonego brakiem poważniejszej interwencji ze strony władz touru Amerykanina. Jedyną poważną konsekwencją była dyskwalifikacja z Australian Open 1990. Ale i powód niebłahy. Ukarany przez sędziego stratą punktu za rzucanie rakietą, zażądał wezwania supervisora. Gdy ten odrzucił jego "apelację", usłyszał, że ma iść "jebać swoją matkę". I to był dla niego koniec turnieju.

Taki był właśnie John McEnroe. Raz przekraczał granice dobrego smaku i ludzie go nienawidzili, a za moment rekompensował to fantastycznym zagraniem i ludzie znów go kochali. Był zbyt grubiański i nieokrzesany, by przejść obok niego obojętnie, ale zbyt dobry, żeby go zdyskwalifikować. I na tym polegał jego fenomen…

Gwiazda sportu i… morderca?

Jego proces sądowy transmitowały stacje telewizyjne na całym świecie. Dla jednych idol i bohater narodowy, dla innych zimnokrwisty morderca. Był futbolistą, dziennikarzem i aktorem, ale przede wszystkim człowiekiem, który podzielił całą Amerykę. Podejrzewany o zabójstwo detektyw Nordberg z "Nagiej broni" tym razem sam musiał stanąć przed wymiarem sprawiedliwości…

Orenthal James Simpson urodził się na przedmieściach San Francisco. Pierwsze, mało amerykańskie, imię było wymysłem ciotki, nadane prawdopodobnie ku czci ubóstwianego przez nią francuskiego aktora. Już jako dwulatek musiał zmagać się z przeciwnościami losu. Stwierdzono u niego krzywicę nóg, która powodowała, że palce podczas chodzenia były skierowane do wewnątrz. Chcąc tę wadę wyeliminować, do piątego roku życia musiał nosić specjalne korekcyjne buty, połączone żelaznym prętem. Chyba nawet sam los nie miał prawa przewidzieć, że chudonogi dzieciak zostanie w przyszłości gwiazdą futbolu amerykańskiego. Jednak zanim to nastąpiło, wychowywany przez matkę i ulicę O.J. wstąpił do gangu…

Czytaj więcej…

Bajka o misiu Yogim

Kto nigdy nie oglądał popularnych kreskówek tworzonych przez Williama Hannę i Josepha Barberę (Hanna-Barbera), musi być bardzo młody. Tom i Jerry, pies Huckleberry, kot Jinks czy miś Yogi to bohaterowie jednych z pierwszych, otwierających studiu drogę do sławy i bogactwa, bajek. Skupmy się na tym ostatnim – Yogim. Choć imię jest przez ogół kojarzone, to mało kto jednak wie, że postać sympatycznego misia była inspirowana baseballistą. Baseballistą, którego kochała cała Ameryka – Yogim Berrą.

Studio temu zaprzecza, ale nie sposób nie dostrzec, że "Yogi Bear", z angielskiego, łudząco przypomina nazwisko Yogi Berra. Yogi to tak naprawdę pseudonim, którego historia sięga nastoletniego wieku Lawrence’a Petera i filmu o Indiach. Został nim ochrzczony przez jednego z przyjaciół, gdy – czekając na swoją kolej podczas treningu – siedział ze skrzyżowanymi nogami, w pozycji, która łudząco przypominała ów jogina. Przydomek przyjął się na tyle, że z czasem zastąpił imię. Kreskówka zadebiutowała na antenach w roku 1958.

Czytaj więcej…

Absolwent Stanford o alter ego bestii

Los napisał mu niebanalny scenariusz. Wychowany pośród latających kul w mieście gangów, ukończył jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie, a następnie z piątej dopiero rundy draftu NFL stał się jednym z najlepszych futbolistów na swojej pozycji. Wygrał Super Bowl, a jego oryginalna osobowość sprawiła, że nazwisko Sherman – nieważne w jakim kontekście – zawsze przyciąga uwagę.

Urodził się w Compton – mieście leżącym na południu Kalifornii, kolebce gangsta rapu i terytorium zdominowanym przez słynne gangi Crips i Bloods. Na co dzień miał styczność z dragami, prostytucją, na ulicach widział krew, a czasem nawet ciała ofiar wojny gangów, w której zginął m. in. jego najlepszy przyjaciel. Starszy brat handlował narkotykami, ojciec był w przeszłości gangsterem. Ku przestrodze, pokazywał synom blizny po kulach. Za wszelką cenę chciał uchronić ich przed drogą, którą kiedyś sam obrał. To wszystko odcisnęło piętno na psychice młodego Richarda, który marzył, by w przyszłości odnieść sukces i uciec do lepszego świata.

Czytaj więcej…

Niesamowita piątka z Michigan

Nazywano ich Fab Five – najlepszym naborem rekrutów w historii uniwersyteckiej koszykówki. Każdy inny, każdy unikalny, każdy utalentowany. Na parkiecie rozumieli się doskonale, poza nim byli jak bracia. To właśnie oni wprowadzili do NBA tak popularny w dzisiejszych czasach "swag".

Ich "ojciec", coach Steve Fisher, początkowo został zatrudniony jedynie tymczasowo. Kierownik uczelni do spraw sportu Bo Schembechler koniecznie chciał, by trenerem został ktoś z Michigan. Szybko jednak zmienił zdanie. Dowodzeni przez fantastycznego Glena Rice’a Wolverines zdobyli mistrzostwo NCAA, a Fisherowi zaoferowano posadę na stałe. Gdy jednak najważniejsi zawodnicy z Ricem na czele odeszli do NBA, kibice zaczęli się zastanawiać czy Fisher rekrutować umie równie dobrze, jak trenować. Na odpowiedź nie musieli zbyt długo czekać. Zaledwie dwa lata po wygraniu mistrzostwa, siwowłosy dżentelmen udowodnił, że w wyszukiwaniu koszykarskich perełek również jest ekspertem.

Czytaj więcej…